Buenas noches, Alex. Mam na głowie mnóstwo spraw, pozwolisz więc, że się pożegnam, życząc ci dobrej nocy . Tengo un montón de cosas que hacer, así que esta es mi propuesta: buenas noches . To była najlepsza noc w historii. Fue como la mejor noche de todas . Pani, dobrej nocy: polecam mnie do swojej córki.
iStock Wolna Dziewczyna Nurka Pływająca Pod Wodą Nad Wrakiem - zdjęcia stockowe i więcej obrazów Freediving Pobierz to zdjęcie Wolna Dziewczyna Nurka Pływająca Pod Wodą Nad Wrakiem teraz. Szukaj więcej w bibliotece wolnych od tantiem zdjęć stockowych iStock, obejmującej zdjęcia Freediving, które można łatwo i szybko pobrać.
2022-11-29 - Explore ANNA's board "DOBREJ NOCY", followed by 8 020 people on Pinterest. See more ideas about dobranoc, archanioł, cytaty religijne.
AGD. Filmy / Seriale / VOD. Szukaj w serwisie. Twój profil. Kamera sportowa już dawno przestała być kojarzona jedynie ze sportami ekstremalnymi. Teraz to także sprzęt do nagrywania filmów z podróży, rejestrator rowerowy i motocyklowy, a także ciekawa propozycja dla amatorów nurkowania. Tylko jaką kamerę sportową wybrać?
2022-12-04 - Explore Marrynna's board "dobrej nocy" on Pinterest. See more ideas about dobranoc, dzień dobry, cytaty na dobranoc.
jelaskan prinsip pendidikan yang diterapkan oleh jepang di indonesia. Któż nie chwiałby zobaczyć jednego z piękniejszych miejsc na świecie, jakim jest archipelag wysp Lofoty w Norwegii. A jeszcze jak masz możliwość zanurkowania? Nie zastanawiałem się nawet pięciu minut, gdy pojawiła się okazja zorganizowania rejsu wzdłuż tego archipelagu. Na dodatek z możliwością nurkowania i eksploracji nowych miejsc. Owszem byłem już na Lofotach, ale zawsze stacjonarnie. Teraz miał być to rejs, w czasie którego można było zobaczyć niezwykle rzadko odwiedzane zakątki północnej części Norwegii. W sumie do przepłynięcia mieliśmy 280 mil, a miejsca nurkowe - kompletnie dziewicze i NorwegiaPodróż z Warszawy do Tromso minęła dość szybko i praktycznie niezauważalnie. Wieczorem w sobotę jesteśmy wreszcie w Tromso i pakujemy się na nasz jacht Hi Ocean One, którym już w kilku miejscach na świecie pływałem. Jeszcze tylko szybkie zakupy na rejs, spacer po miasteczku, symboliczne lokalne piwo w restauracji, do tego zupa rybna i stek z wieloryba i na drugi dzień ruszamy w naszą odkrywczą wyprawę w kierunku Lofotów. Cel. Eksploracja nowych miejsc nurkowych na trasie Tromso – Bodo. Nie przypominam sobie, aby ktoś wcześniej w Polsce organizował takie safari nurkowe. Można oczywiście zorganizować podobną imprezę z pośrednictwem Norwegów… za cenę zatem witaj niedzielę ruszamy z Tromso. Po przepłynięciu 1,5 godzin docieramy do małego przesmyku, zwężenia pomiędzy dwoma wyspami, gdzie na dodatek na środku jest jeszcze jedna mała wyspa. W przesmyku ryb tyle, że aż się gotuje na powierzchni. Woda dosłownie żyje. Przy powierzchni mnóstwo ryb, na brzegu mnóstwo wędkarzy, a z góry setki ptaków napierają na ryby, które najwyraźniej przy powierzchni znalazły najwięcej pokarmu. Gdy dopłynęliśmy do przesmyku prąd właśnie ustawał. Musimy wiedzieć, że nurkując w Norwegii koniecznie należy posługiwać się kalendarzem pływów, które tu kilka razy na dobę dyktują warunki. Przygotowanie sprzętu zajęło nam dobre pół godziny, a w tym czasie zaczął się pływ powrotny. To był nas tzw. check dive przy wyspie Skittentiden. Spływaliśmy wzdłuż wysepki Ryoya na środku przesmyku. Nurkowanie sprawdzające po norwesku, czyli w silnym prądzie dochodzącym do 6 węzłów, czyli ok 12 km/h. Okazało się później, że na wyspie tej w dawnych czasach wykonywano wyroki śmierci. A prądy są tu jedne z silniejszych. Płyniesz z prędkością 12 km/h. Jak nie wiesz, ile to jest, to wsiądź na rower i jedź średnią prędkością. Obecnie wyspa należy do Uniwersytetu w Tromso. Zanurzamy się w cztery osoby, by już po 2 minutach zdać sobie sprawę, że to się nie uda. Zgubiliśmy się zaraz na początku. Przy takich prądach można tylko w parach nurkować i bardzo trzeba się pilnować. Na chwilę zatrzymałem się za występem skalnym, aby sfilmować niesamowicie kolorowa ściankę pełno pomarańczowych gąbek i już partner nurkowy zniknął mi gdzieś tam hen w toni. Zatem bez solidnej bojki nurkowej nawet nie wchodź tu do wody. Nurkowanie bardzo emocjonalne i piękne. Prąd niesie nurka tuż nad dnem - w prądzie, gdzie nie masz czasu na zastanawianie się, co i jak sfotografować. Musisz reagować od razu, gdy coś wpadło Ci w oko. Gdy zostałem sam pod wodą postanowiłem puścić bojkę, aby było wiadomo gdzie jestem. Głębokość 15 metrów. Puszczam linkę szpulki. Leci i leci. Po chwili zorientowałem się, że bojka nie poleciała do góry tylko pod kontem 45 stopni w kierunku prądu. Wstrzymałem rozwijanie sznurka i w tym momencie nurt wyrwał mnie z miejsca. Aby zobrazować siłę opiszę to tak, że gdybym miał kalosze, wyrwałoby mnie z nich jak nic. Obrazy pod wodą migały mi tak szybko, że nie miałem nawet czasu przenalizować, co widzę. Dopiero po wynurzeniu zrobiłem szybką retrospekcje tego, co zobaczyłem. Całe dno usiane małżami. Bardzo dużo jeżowców. Brunatnice w nielicznych miejscach walczyły z prądem, o to, aby ich nie powyrywało. Masa ryb, głównie rdzawców. Przejrzystość wody około 15 metrów. Jak na nurkowanie sprawdzające – ekstremalne. Po nurkowaniu na noc płyniemy na mały trekking przy miejscowości Straumsbukta, gdzie są dwa jeziora. Spokojna, cicha zatoka, do której wpada słodka woda z tych właśnie dwóch jezior. Tu zauważyliśmy dopiero potężne meduzy z 1,5 m odnogami chwytającymi każde drobne stworzenie. Później okazało się, że jest ich tu dzień zaczynamy od nurkowania na wypłyceniu na środku fiordu. Zapowiada się bajecznie. Już po zrzuceniu kotwicy widzimy płynącego pod jachtem gigantycznego halibuta. Słońce jak w Chorwacji. Prądu praktycznie brak. Szybko zbieramy się ze sprzętem nurkowym i w parach wchodzimy do wody. W tym miejscu mapy pokazują, iż dno opada pod dość dużym kątem do głębokości ok 120 metrów. Już w wyobraźni buduję sobie wizję skalnych ścian obrośniętych ukwiałami, gąbkami i różnego rodzaju zwierzętami żyjącymi w wodach morza norweskiego. Wchodzimy do wody. Okazuje się, że dno jest piaszczyste. Jednak nie jest to piasek jak sobie wyobrażasz. Wygląda to bardziej na taki skruszony koralowiec jak używa się w akwariach morskich na podłoże. Oczywiście nie są to szczątki koralowców tylko drobne pozostałości wapiennych organizmów. Nieliczne brunatnice ciągną się do głębokości około 20 metrów. Tam też pokazało się sporo dorszy. Duże sztuki leżą na dnie i czyhają na mniejsze rybki, które znalazły sobie schronienie w brunatnicach. Poniżej 30 metrów dno zaczyna pod ostrzejszym kontem opadać w dół i tam zaczynają pojawiać się powoli ścianki. Na 40 metrach ścianka się kończy i dalej piaszczyste dno opada ostro w dół. Widziałem jak to wyglądało tylko do ok 60 metrów. Może niżej też są ścianki ... tego już jednak nie sprawdziłem. Na 40 metrach całe stada rdzawców (ang. Polloc). Kilka zębaczy. Im głębiej, tym woda bardziej klarowna. Przy powierzchni słabsza, ok 10-15 metrów. Na 40 metrach spokojnie było już 30 metrów wizury. Taka była reguła odnośnie przejrzystości wody podczas całego wyjazdu. Po nurkowaniu łowimy ryby, dorsze, rdzawce, a nawet kolega wyciągnął bromse - typowo głębinową rybę. Przez wielu Norwegów uważana za najsmaczniejszą z wachlarza norweskich ryb. Ta złowiona ważyła ok 5 kg, ale zdarzają się i sztuki po 30 kg. Mięso tej ryby ma konsystencję bardziej kurczaka, niż ryby. Świeżo usmażone rdzawce i dorsze smakują wyśmienicie. Dobrze jest mieć wędkę na pokładzie w Norwegii, oj tego miejsca mamy ok. 50 mil płynięcia w kierunku miasteczka Harstat, do którego docieramy ok. Do Bodo, gdzie kończymy rejs, jest jednak kawał drogi, a musimy tam zdążyć przed sobotą, kiedy to mamy lot drodze widziałem jeden z piękniejszych zachodów słońca w moim życiu. Równocześnie wschodził pełny księżyc. Zatem po prawej stronie burty był wschód księżyca z zapadającą nocą, a po lewej niesamowicie malowniczy zachód słońca z kończonym się dniem. Ale to nie wszystko. Około północy – mimo, że to dopiero początek września - przez 10 minut ukazała się zorza polarna. Nie do opisania spektakl. Po prostu płyń z nami następnym razem! Miasteczko Harstat mniejsze od Tromso. Nic spektakularnego, jednak zawsze jest gdzie się schronić jachtem na noc. Pierwsze nurkowanie 5 września wykonujemy przy wyszukanej na mapie ścianie opadającej do 160 metrów. Ok. 2 kilometry przed nami widać most łączący dwie wyspy. To jest właśnie symboliczna granica wejścia do archipelagu wysp Lofoty. Tym razem udaje nam się wejść do wody w czasie niemalże najwyższej wody, zatem prąd jest bardzo słaby i tylko przy powierzchni. Dwie pławy oznaczają przy wysepce Steglholmen płyciznę i głęboką wodę, która jest jednocześnie torem wodnym dla przepływających statków. Ściana opada niemalże pionowo. Typowy tzw. drop-off. Jako, że sprzętowo jesteśmy ograniczeni do pojedynczych 15 i 18 litrowych butli, to schodzimy maksymalnie do 40 metrów. Czarna czeluść opada pionowo dalej w dół. W niektórych momentach na ścianie jest tyle ryb, co w Egipcie na rafach koralowych. Olbrzymie dorsze krążyły niczym rekiny blisko ściany gdzieś tam na głębokości 50 metrów. Kształtem przypominały jesiotry, dlatego to skojarzenie z rekinami. Tu i ówdzie dają się zauważyć olbrzymie czerniaki zwane też czarnym dorszem (ang. Coalfish). Często młode osobniki mylone są z rdzawcami (ang. Polloc). Sama ściana uboga w tak charakterystyczne ukwiały i gąbki, które występują licznie na samych Lofotach. Myślę, że jest to efekt bardzo silnych prądów, które zwyczajnie zrywają wszystko ze ścian. Na płyciźnie, czyli ok. 10-15 metrów liczne młode osobniki dorszy i rdzawców. To właśnie na nie czyhają olbrzymy z głębin tu i ówdzie podchodzące do góry na żer. Nurkowanie bardzo udane. Gdyby był prąd przepłynęlibyśmy z kilometr spokojnie. Teraz było to około 300 nurkowaniu obiad, ładowanie butli i ruszamy dalej w kierunku Lofotów. Przepływamy pod mostem, który jest symboliczną bramą na archipelag wysp Lofoty. Zaczynamy płynąc wąskim przesmykiem. Prąd ciągnie łódź, że zasuwamy ok. 8 węzłów. Pod wieczór przypływamy pod uroczo położoną wysepkę Litleholmen. Wchodzimy do wody. Nie ma tu w ogóle brunatnic. A wszystko, co leży na dnie, porośnięte jest fioletowym nalotem wapiennym. Świadczy to o dużym stężeniu słodkiej wody. W sumie nie ma się co dziwić. Zewsząd spływa słodka woda z gór - zarówno potokami jak i z cały czas topniejących śniegów na szczytach gór, które tworzą niezliczoną ilość małych strumyków. Tu właśnie widziałem największego podczas całego rejsu zębacza (ang. Wolffish albo Catfish). Prawdziwy kolos, który nic nie robił sobie z mojej obecności. W sumie to ja miałem obawy, na ile mogę do niego podejść. W końcu uścisk jego szczęki to dwie tony (jak pies buldog). Ciekawostką jest to, że ryba ta z racji tego, że żyje w bardzo niskich temperaturach, wytworzyła specjalną substancję, nazwijmy to rozmrażacz, który powoduje, że w ekstremalnych warunkach płyny ustrojowe dopływają do najdalszych komórek w jej organizmie. Tu też Jacek, jeden z uczestników wyprawy, sfotografował na dnie Geoduck’a. Coraz bardziej popularny jadalny małż. Wpływając w przesmyk nie da się nie wyczuć uderzającego w nozdrza powiewu lekkiej bryzy z zapachem lasu. Lasu żywicznego, wypełnionego grzybami i świerkami. Zapach tak przyjemny, że wiele razy wdycham powietrza tyle, ile są wstanie pomieścić płuca. Zapach lasu pomieszany ze świeżą wodą i ciepłym powietrzem gnanym prądami gdzieś tam, z zachodu. Do tego widoki szczytów gór Lofoty. Ach jaka uczta dla oczu, uszu i innych noc kotwiczymy niedaleko wysepki, przy której nurkowaliśmy. Gdy jeszcze wszyscy śpią nasz kapitan rusza dalej w trasę. Chcemy osiągnąć dziś nasz cel – miasto Svolvaer, stolica Lofotów. Wychodzimy z cieśniny na otwarte morze. Tu wreszcie zaczyna wiać i nieco bujać, żagle wreszcie rozwinięte. Około dopływamy do małej wysepki Alpoya, tuż obok Alpoykalven. Linie izobaryczne pokazują tu niemalże pionową ścianę schodzącą do 100 metrów. Faktycznie. Jacht podpływa około 30 metrów od skał, a pod nami 50 metrów głębokości. Nie ma opcji, aby rzucić kotwice. Skaczemy do wody w dryfie. Pod wodą wreszcie typowe widoki okolic Lofotów. Brunatnice i tysiące ryb. Zaraz przy powierzchni udaje mi się nagrać na GoPro olbrzymie stado rdzawców. Gdzieś pomiędzy nimi charakterystyczne w tym regonie meduzy. Dno bardzo szybko opada w dół. Już na 15 metrach brunatnice przestają rosnąć, a ściana opada istotnie pionowo w dół. Granitowe skały, tak charakterystyczne dla Lofotów, pod wodą całe są oblepione przez jeżowce. Na 40 metrów dorsze, karmazyny i typowo głębinowa ryba brosma. To właśnie ta, która uważana jest za jedną ze smaczniejszych. Tu jednak wygląda na jedną z piękniejszych. Na 40 metrach ściana opada tak pionowo, że widać tylko czerń. Piękne uczucie fruwania w toni przy takiej ścianie. Po nurkowaniu wpływamy do Svolvaer. Wszyscy wytęsknieni lądu niemalże natychmiastowo uciekają na brzeg. Część na pobliską górę, część do centrum na spacer, zakupy, zwyczajne nacieszenie oczu widokami miasteczka, które dzięki turystyce rozwija się bardzo szybko. Byłem tu 10 lat temu. Kompletnie nie poznałem portu. Kiedyś nurkowałem tu na wraku w porcie. Dziś na miejscu wraku jest nabrzeże. Przed nami noc w porcie i jutro droga w najdalszy punkt naszego rejsu – miasto Reine. Właśnie to miasteczko – jako niezwykle malownicze – jest zwykle publikowane jako wizytówka rano ruszamy. Wcześniej część grupy wybrała się jeszcze na wycieczkę na górę Floya 590 m wznoszącą się nad Svolvaer. Zdjęcia o poranku wyszły rewelacyjne. Ranek przywitał nas wspaniałym słońcem. Wręcz opalać się można. Tuż przy falochronie na wyjściu z portu w Svolvaer, od wschodniej strony, leżą trzy wraki. Kuter rybacki, mały holownik i wybudowany w 1900 roku dla norweskiej armii statek o nawie Farm KNM. Statek ten miał wiele funkcji podczas II wojny światowej był statkiem szpitalnym, potem zbieraczem min. Wiele razy był przebudowywany. Ostatni właściciel statku nazwał go SIW Aina. 5 Sierpnia 1982 roku statek zatonął. Leży na głębokości 23-29 metrów. Bardzo mocno zniszczony. W płytszej części widać olbrzymie kotły parowe, które zalegają na dnie, zamieszkałe już przez dorsze i czerniaki. Jak wspomniałem, obok leżą jeszcze dwa mniejsze wraki, które można zobaczyć podczas tego samego nurkowania. Gdy już czas nas wygania można spokojnie wspiąć się po skalnej ściance porośniętej bujnie albami i brunatnicami i tam dokończyć nurkowanie. Tu podchodzą do góry całkiem duże czerniaki, które widziałem na głębokości ok 10 metrów. Polują na drobnicę, która znalazła sobie schronienie w tej podwodnej dżungli. Płyniemy dalej. Kolejny przystanek, nurkowanie na wraku Gudrun. Niestety koordynaty z map nawigacyjnych okazały się niedokładne. Podobnie namiary na stronie która to miała dostarczyć dokładnych namiarów GPS, okazały się niedokładne. Wchodzimy do wody zatem przy licznych skałach, które w tej okolicy łagodnie wystają znad powierzchni wody. Na noc dopływamy do miejscowości Reine. Z samego rana trekking na pobliską górę, z której rozciąga się nieprawdopodobnie piękny widok na okolice. Widać Lofoty po horyzont, a że pogodę mieliśmy jak latem w Chorwacji, to zdjęcia wyszły wspaniałe. Ostatnie nurkowanie chcemy wykonać przy wraku Hadsel. Ponownie okazuje się, że koordynaty ze wszelkich możliwych stron internetowych kompletnie nie pasują do miejsca, gdzie leży wrak. Wcześniej nurkowałem na tym wraku i leży nie 100-200 metrów obok, ale w zupełnie innej zatoczce. Tak wiec ograniczyliśmy się do płytkiego nurkowania przy falochronie portu w Reine. Okazuje się, że jest to siedlisko ogromnych czerniaków. Wyglądało to jak w wielkim oceanarium. Przycupnąłem miedzy skałami podwodnymi, a ryby pływały przede mną w lewo i prawo paradując przed obiektywem kamery. Niektóre sztuki były na szczęście bardzo ciekawskie zatem i ujęcia kamerą wyszły bardzo przyzwoite. Wychodzimy z wody i płyniemy prosto do Bodo, skąd następnego dnia rano mamy lot powrotny. Dopływamy około do mariny w porcie i tu niesamowita niespodzianka na zakończenie rejsu. Fenomenalny obraz zmienia nam się nad głowami jak na filmach 3D. Zorza polarna, która dosłownie nad nami zmieniała kolory. Nawet zwykłym aparatem fotograficznym typu „małpka” można było wykonać całkiem dobrej jakości zdjęcia. Czy można było sobie wymarzyć lepszego zakończenie rejsu? Tydzień bardzo nam się udał. Mieliśmy wspaniałą pogodę zarówno na morzu jak i na niebie. Odkrywaliśmy nowe miejsca nurkowe i zobaczyliśmy piękne miejsca, których nie mielibyśmy szansy obejrzeć jadąc autem. Wspaniały tydzień nurkowo-rekreacyjny z załogą gotową do pomocy, uśmiechniętą i zintegrowaną. I takich rejsów życzę i Tobie drogi oraz galeria zdjęć: Autor: Rudi StankiewiczZdjęcia: Rudi Stankiewicz, Jacek Głowiński, Krzysztof Maderak Masz pytania? Wystarczy, że do nas napiszesz lub zadzwonisz: Bestdivers@ Tel. (+48) 601321557 / (+48) 698529073
Galeria fotografii podwodnych zdjęcia podwodne Zamieszczone zdjęcia zostały wykonane różnymi aparatami cyfrowymi. Wszystkie zdjęcia można powiększyć do formatu 800x600 punktów po kwiknięcie na zdjęciu. Mam nadzieję, że galeria będzie się szybko powiększać, a wszystkim oglądającym życzę, aby ich zdjęcia były lepsze od przedstawionych na stronie NURKOMANII. Wykonanie dobrego zdjęcia podczas nurkowania wymaga trzech rzeczy: odpowiedniego sprzętu (aparaty fotograficznego z obudową wodoszczelną), umiejętności, właściwego dobrania parametrów ekspozycji (na automatykę aparatu trudno liczyć), ciekawego motywu - nawet mając najlepszy sprzęt i umiejętności, bez odpowiedniego motywu trudno osiągnąć dobry efekt, możemy fotografować wiele rzeczy: nurków, faunę i florę, podwodne widoki. Wszystkich zachęcam do takiej formy działalności nurkowej. Obecnie dostępność sprzętu głównie cyfrowych aparatów, pozwala w krótkim czasie osiągnąć dobre efekty. Pragniesz przeczytać więcej zapraszam na stronę kurs fotografii podwodnej. Nurkowanie zdjęcia - Andrzej Kasiński Nurkowanie Zakrzówek sierpień 2012 - niezła woda ale brak słońca. Nurkowanie Zakrzówek maj 2012 - niezła woda. Nurkowanie pod lodem - Zakrzówek 2012r. Warsztaty nurkowania jaskiniowego w konfiguracji sidemount Zakrzówek 2011 Nurkowanie Chorwacja - wyspa Brać 2011. Nurkowanie na wraku samolotu AN2 Zakrzówek 2011r. Nurkowanie nocne Zakrzówek 2011r. Nurkowanie Chorwacja - wyspa Murter 2010 - rybki. Nurkowanie Chorwacja - wyspa Murter 2010 Nurkowanie pod lodem Zakrzówek 2010 Zakrzówek jesień 2009r najlepsza woda od wielu lat i najlepsze zdjęcia podwodne. Warsztaty nurkowania jaskiniowego Zakrzówek 2009 Zdjecia z kursu OWD PADI 2009 Zakrzówek 2009 zdjęcia nocne Zakrzówek 2009 zdjęcia nocne zgrupą Zdjęcia nocne na Zakrzówku - cztery lampy błyskowe Nurkowanie jaskiniowe w Polsce obiekt B Nurkowanie jaskiniowe w Polsce obiekt W Zdjęcia podwodne z kursów nurkowania oraz specjalizacji PADI, CMAS Zakrzówek luty 2009 nurkowanie pod lodem Zakrzówek listopad 2007 nurkowanie rekreacyjne [14] Morze Czerwone 2007 nurkowanie safari [14] Morze Czerwone 2007 nurkowanie safari [14] Fauna i flora polski zdjęcia z 2005r [10] Hvar maj 2005 (Chorwacja) cz. 4 [10] Hvar maj 2005 (Chorwacja) cz. 3 [10] Hvar maj 2005 (Chorwacja) cz. 2 [10] Hvar maj 2005 (Chorwacja) cz. 1 [10] Rak pręgowaty (amerykański) (Orconectes limosus) [10] Jaworzno czy meksykańskie cenoty (marzec 2005) [6] Zimowe klimaty na koparkach (marzec 2005 Jaworzno) [10] Mięczaki pod lodu luty 2005 racicznice i błotniarki [8] Zdjęcia z pod lodu luty 2005 [12] Elba wyspa na Morzu Śródziemnym - maj 2004 [zdjęć 16] Zakrzówek - zdjęć z nurkami [zdjęć 4] Morze Czerwone 2004 nurkowanie [14] Morze Czerwone 2004 nurkowanie [14] Morze Czerwone 2004 nurkowanie [14] Morze Czerwone 2004 nurkowanie - zdjęcia bez lampy błyskowej [14] Podlodowe styczeń 2004 - kurs nurkowania pod lodem [21] Morze Czerwone - Thistlegorm 2004 [16] Morze Czerwone - Kormoran 2004 (wyspy Tiran) [14] Morze Czerwone - Trochę zdjęć z nurkami [8] Zakrzówek listopad 2003 [14] Jaworzno-Szczakowa 2003 [14] Silesia kwiecień 2003 [8] Zdjęcia powierzchni z pod wody [4] Zakrzówek maj 2003 [20] Zakrzówek [22] Zakrzówek luty 2003 - nurkowanie podlodowe [18] Zakrzówek lipiec 2002 [zdjęć 21] Nurkowanie zdjęcia - Jacek Madejski Galeria Polska [10] Galeria Egipt [10] Nurkowanie zdjęcia - Bogusław Wątor Morze Czerwone safari północne 2005 [16] Nurkowanie zdjęcia - Marek Jakubowski Ryby M. Czerwonego Zdjęcia makro +10 Nurkowanie zdjęcia - Piotr Stós Różne, Egipt, Chorwacja Nurkowanie zdjęcia - Waldo Morze Czerwone I Morze Czerwone II Nurkowanie zdjęcia - Patryk Krzyżak Morze Czerwone 2005 [16] Morze Śródziemne Hvar lipiec 2005 [20] Nurkowanie zdjęcia - Ewa i Tomek Lofoty Nurkowanie zdjęcia - Grzegorz Nowak Wraki M. Czerwonego Morze Czerwone nocą
Nigdy nie miałem okazji pojechać do Warszawy, aby ją poznać. Zawsze tylko przejazdem, w pośpiechu, głównie na lotnisko, z którego leciałem, gdzieś w świat. Niestety nadal ten stan nie uległ zmianie. Obiecuję sobie od dawna, że kiedyś przyjadę tu zobaczyć, co stolica ma do zaoferowania, lecz jeszcze nie teraz. Jednak ostatnio, znów na szybko, przy okazji, udało się przejść kilka najbardziej znanych ulic. Spacer oczywiście ze statywem i aparatem, no, bo jakby inaczej. Owocem są poniższe nocne zdjęcia Warszawy. Tak właściwie to do końca nie wiem, dlaczego lubię włóczyć się ze statywem i aparatem tuż po zachodzie słońca po ulicach miast. Zwłaszcza tych dużych miast, gdzie dużo jest metalu, szkła, ciekawych fasad i wody. Gdzie pięknie iluminowane budynki niesamowicie odbijają się w wodzie, gdzie ich sztuczne oświetlenie ciekawie kontrastuje z granatowym niebem. Wielokrotnie już wspominałem, a pewnie i nie jeden raz jeszcze napiszę, że czas pomiędzy zachodem słońca, a zupełną ciemnością zwany często „blue hour” jest moim ulubionym okresem na robienie nocnych zdjęcia Warszawy: Pałac Kultury i NaukiNie trzeba wtedy za wiele robić. Wystarczy ustawić statyw, dobrać kadr i nacisnąć spust migawki. Reszta robi się sama. Oczekiwanie na efekt naświetlenia zawsze powoduje lekki dreszczyk emocji. Podobnie było jak stałem na szerokim chodniku Alei Jerozolimskich kadrując Pałac Kultury i Nauki próbując uchwycić jego charakterystyczną bryłę na tle nowoczesnych budynków. Dookoła mnóstwo przechodniów spieszących się załatwić swoje sprawy, a ja stoję przed statywem i Pałac Kultury i Pałac Kultury i Pałac Kultury i Pałac Kultury i Pałac Kultury i Pałac Kultury i zdjęcia Warszawy: PGE Narodowy, Most Świętokrzyski, Most Poniatowskiego i Most ŚrednicowyPodobno od jakiegoś czasu w Warszawie panuje moda na spędzanie wieczoru nad brzegiem Wisły. Liczne knajpki z jedzeniem i napojami, a także mnóstwo ludzi. Zakochane pary patrzące sobie w oczy siedzą na schodach trzymając się za ręce, grupki podchmielonej młodzieży rzucające wyzwiskami używają w swojej narracji słów, które wstydziłbym się powtórzyć, przechodnie, którzy wyskoczyli na spacer ze swoimi czworonogami oraz liczni spacerowicze. A ja znów nie zważając na otaczającą mnie rzeczywistość stoję przed statywem i zapisuję nocne zdjęcia Warszawy – PGE Narodowy, Most Świętokrzyski, Most Poniatowskiego i Most Średnicowy. Miejski architekt, czy inna osoba odpowiedzialna za podświetlenie mostów i stadionu bardzo pomaga – różne kolory ciekawie zapisują się na karcie PGE Narodowy wieczorowej Most Most Most Most Most Świętokrzyski i Most Most Świętokrzyski i Most zdjęcia Warszawy: Łazienki KrólewskiePodobno, chcąc zobaczyć Warszawę nocą, koniecznie trzeba wybrać się do Łazienek Królewskich. Nigdy tam nie byłem, a po zachodzie słońca w ciemnym parku ciężko się chodzi ścieżkami, lecz zmierzam w kierunku rozświetlonego Pałacu na Wyspie. Ustawiam się na trawie, rozstawiam statyw, kadruję. Obok mnie sympatyczna parka robi sobie romantyczne zdjęcia z pałacem w tle. Prawa nóżka do góry, namiętny uścisk, lekko rozchylone usta, przymknięte oczy. Teraz zmiana z drugiej strony, tak, aby wspólne ramiona stworzyły kształt serca. Milusio, prawda?Łazienki Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na Królewskie – Pałac na zdjęcia Warszawy: Warszawskie startrailsWieczór się kończy, nocne zdjęcia Warszawy powoli zapisują się na karcie, lecz przed powrotem pojawia się jeszcze jeden pomysł. A może uchwycić trochę gwiazd? W końcu jestem w Warszawie gdzie celebryci i inni znani ze szklanego ekranu mieszkają, żyją i bawią się. Tak to dobry pomysł, zróbmy kilka ścieżek gwiazd, aby wiedzieć i mieć dowody którędy Startrails w Łazienkach Królewskich – Pałac na Startrails – PGE Narodowy oraz Łazienki Królewskie – Pałac na Startrails – Pałac Kultury i NaukiWarszawa. Startrails – Pałac Kultury i NaukiMam nadzieję, że skromna galeria nocnych zdjęć Warszawy przypadła Wam do gustu. Macie jakieś sugestie, które miejsca warto odwiedzić następnym razem? Będę wdzięczny za informację. Łukasz Kędzierski - etatowy miłośnik podróży z plecakiem i aparatem. Nieustannie patrzy na świat przez wizjer aparatu, aby uchwycić piękno otaczającego nas świata. Zafascynowany Azją Południowo-Wschodnią, którą nie może się nacieszyć i dlatego ciągle tam wraca. Wspinaczka, buldering, jaskinie, kanioning oraz nurkowanie często przewijają się przez jego wyjazdy. Pokazuje, że można podróżować z małym dzieckiem, bo to nic trudnego - wystarczy chcieć ->
W nocy nad zachodnią Polskę zacznie wkraczać strefa chłodnego frontu atmosferycznego - informuje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Chłodne powietrze będzie przesuwać się na wschód i wypierać gorące. Na linii frontu synoptycy przewidują burze. Jak mówiła synoptyk IMGW Ewa Łapińska, ochłodzenie nadejdzie od północnego zachodu. Późnym wieczorem większe zachmurzenie będzie w Świnoujściu i w Szczecinie. W nocy będą tam występowały przelotne opady deszczu i burze. "Burze będą związane z kolejnym frontem atmosferycznym, który będzie przemieszczał się przez Polskę z północnego zachodu w głąb kraju" - mówiła synoptyk. "Dlatego wtorek będzie ciekawy pogodowo, bo będziemy w strefie frontu, na wschodzie będzie jeszcze gorące zwrotnikowe powietrze i około 30, nawet 33 stopni Celsjusza na Podkarpaciu, natomiast na zachodzie, za frontem, już nieco chłodniej - 24, 25 stopni" - powiedziała Ewa Łapińska. Burze lokalnie mogą być gwałtowne, z silniejszym deszczem. Synoptycy przewidują, że podczas burz spadnie w centrum i na północy kraju około 15-20 milimetrów deszczu, na południu Polski do 30-35 milimetrów. Kolejne dni będą nieco chłodniejsze. W środę i w czwartek termometry wskażą maksymalnie 25 stopni Celsjusza w centrum, 20 nad morzem i 26 na południu kraju.
Długo planowany weekendowy wyjazd na wraki w okolicach Bornholmu nie był dla mnie zwykłym, weekendowym wypadem na nurkowanie. Jakkolwiek nie nurkuję od wczoraj, wyjazd ten był moim „pierwszym razem" na Bałtyku w ogóle, pierwszym razem na wrakach Bałtyku, pierwszym razem w warunkach prawie sztormowych. Ale może od początku... Gdy dostałem od Rudiego propozycję wyjazdu na wraki w okolicach duńskiej wyspy Bornholm, od razu wiedziałem, że to coś dla mnie. Jak to zwykle bywa, niebawem okazało się, czego zresztą należało się spodziewać, że przygotowania do takiego nurkowania nie będą wcale ani krótkie, ani łatwe, ani tym bardziej tanie. Sam wyjazd poprzedzony był gruntowną zmianą konfiguracji, zaopatrzeniem się w twina, dodatkowe automaty, węże, stage'a, zmianą komputera nurkowego, itd., nie mówiąc już o przygotowaniu teoretycznym. Po kilku tygodniach przygotowań, jak również poszukiwania dokumentacji wraków, które planowaliśmy odwiedzić, nadszedł czas wyjazdu. 19 września 2008 roku dla niemałej liczby uczestników naszej wyprawy był cokolwiek pechowy - od rana Rudi odbierał telefony osób, które z takiego czy innego powodu rezygnowały z wyjazdu. Paweł nabawił się anginy, koleżanka zapalenia gardła, komuś innemu nawalił transport, ktoś nie chciał jechać bez kogoś... Gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy około kierując się do Kołobrzegu, wiadomo było, że nie jedzie już 5 osób. Z przewidzianych 20 zrobiło się 15. Jakby tego było mało, koło Człuchowa zadzwoniła jeszcze jedna ekipa informując, że zabraknie kolejnych czterech. „Katastrofa" pomyślałem, widząc oczyma wyobraźni widmo odwołanego wyjazdu i powrót w środku nocy zza Człuchowa do Warszawy, tylko po to, żeby powiedzieć wszystkim „Fajnie się jechało, ale nic z tego nie wyszło, bo za mało chętnych...". I wtedy stała się rzecz, na którą oczywiście w cichości ducha liczyłem, ale której nie mogłem oczekiwać - Rudi się żachnął: „Cholera, 9 osób próbuje mnie od tego wraku odciągnąć, już trzeci raz mam na niego płynąć. Nie ma takiej siły, która mnie teraz odciągnie! A niech to szlag, jedziemy, trudno, muszę na nim zanurkować!" Chodziło oczywiście o „Chińczyka"... Pomyślałem „Dobra nasza, płyniemy". Prognoza pogody na sobotę była nawet korzystna, wiatr 2 do 3oB, spokojne morze, przejaśnienia, czasem przelotne opady. Natomiast z niedzielą to już trochę gorzej - zapowiadał się sztorm... Dotarliśmy do Kołobrzegu około Miasto niczym nie przypominało tętniącego życiem nadmorskiego ośrodka turystycznego, podobne było raczej do okolic ulicy Brzeskiej, i to właśnie po Zanim grupa się zebrała na pokładzie „Doktora Lubeckiego", było już grubo po północy. Przewidywany czas płynięcia na pozycję „Chińczyka" wynosił około 12 godzin, zapowiadał się więc stosukowo długi rejs. Ostatecznie ruszyliśmy około 1 w nocy. Teraz trochę o „Chińczyku" „Fu Shan Hai" - chiński masowiec o wyporności ton, długości 225 m, szerokości 32,2 m i zanurzeniu 13,6 m, w drodze z Łotwy do Chin, z ładunkiem niemal ton nawozów, uległ kolizji z pływającym pod banderą cypryjską kontenerowcem „Gdynia" (100,6 m długości, 16,6 m szerokości, 6,36 m zanurzenia). Do kolizji doszło 31 maja 2003 roku o godzinie 12:18, na pozycji 55° N - 014° E, przy widoczności sięgającej 16-18 km i ładnej pogodzie, po tym jak „Gdynia" próbowała skrętem na prawą burtę minąć „Fu Shan Hai" za rufą. Niestety w tym czasie „Fu Shan Hai" zatrzymał już silniki, co prawdopodobnie na tyle zredukowało jego prędkość, że manewr ominięcia nie miał szans powodzenia. „Gdynia" uderzyła „Fu Shan Hai" w lewą burtę, przy pełnej prędkości, pod kątem około 90o, między 1 a 2 ładownią. Uszkodzenia „Gdyni" były stosunkowo niewielkie, gdyż jest to okręt o budowie spełniającej wymogi klasy lodowej E1 (czyli przystosowany do kruszenia pokrywy lodowej o określonej grubości) - patrz zdjęcia. „Fu Shan Hai" ostatecznie zatonął o godzinie Ze względu na toksyczną zawartość ładowni, wrak otwarto dla nurków dopiero wiosną 2007 roku. Wrak leży na głębokości niemal 70 m, na niewielkim stoku, dach nadbudówki znajduje się na głębokości około 30 m. Dopływamy. Trochę pochmurno, wstydliwie, co jakiś czas zza chmur wygląda słońce. Nie pada. Morze jest spokojne, fala ma może z pół metra, wiatr też nie przyprawia o zawrót głowy. Na pozycję wraku dotarliśmy około godziny ale bez mała godzinę zajęło załodze skuteczne umieszczenie na wraku prosiaka z liną opustową. Pierwsze zejście na „Chińczyka"... Po linie opustowej sprawnie opadliśmy na głębokość 30 m, gdzie znajdował się „prosiak", czyli przy maszcie radarowym, na dachu nadbudówki. Za pierwszym razem mieliśmy w planie opłynąć nadbudówkę, zajrzeć tu i ówdzie, rozejrzeć się i zdecydować, co robimy za następnym zanurzeniem. Pierwsze wrażenie - ciemno. Naprawdę ciemno. Choć patrząc w górę widać było trochę typowej, zielonej bałtyckiej poświaty, to bez mocnego światła (dwóch) nie ma czego tutaj szukać. Ale widoczność w sumie dobra - nawet 12-15 m. Ogólne wrażenie wraku - niemal w całości obrośnięty drobnymi małżami, pokryty osadami, w przeciwieństwie do tego, jak wyglądał jeszcze rok temu, gdy pierwsi nurkowie nań zeszli, kiedy to jaśniał jeszcze piękną bielą. Opływając nadbudówkę, kolejno zwiedziliśmy galerie, schody i przejścia pozwalające załodze poruszać się wokół nadbudówki, minęliśmy drzwi wejściowe do sterówki okrętu. W pewnej chwili, przy jednym z okien, chcąc zajrzeć do środka, Rudi postanowił zetrzeć trochę osadów z szyby... Osady na szybie były, owszem, ale przylepione do pokaźnej warstwy gęstego oleju paliwowego, którym upaprał sobie rękawice, skafander i aparat... Dochodzimy tutaj do rzadko omawianej kwestii, przynajmniej w gronie nurków, mianowicie skażenia środowiska. Poszukałem trochę danych na ten temat - w chwili kolizji na pokładzie „Fu Shan Hai" znajdowało się 1672 tony oleju paliwowego oraz 110 ton oleju napędowego. 600 ton paliwa znajdowało się w uszkodzonych podczas kolizji zbiornikach na lewej burcie. Olej stopniowo wyciekał z wraku, a spowodowane przezeń skażenie objęło znaczny odcinek wybrzeża Szwecji oraz okoliczne wyspy duńskie, nie wspominając o skażeniu samego morza (modelowanie skażenia w czasie dostępne jest tu: Nacieszywszy się jeszcze widokiem wielkiego panelu z nazwą okrętu, sprzętu GPS, wieży radarowej, powoli wynurzyliśmy się, spędzając na dekompresji ponad 20 minut. Dwie godziny po wyjściu, po dobrym obiedzie, wskoczyliśmy do wody na drugie nurkowanie. Tym razem w planie była penetracja nadbudówki. Ponownie opadliśmy na 30 m, opływając nadbudówkę obejrzeliśmy kosze znajdujące się na krańcach nadbudówki, wiszące poza obrysem pokładu okrętu, również gęsto porośnięte. Płynąc w kierunku wejścia do sterówki opadliśmy na 43 m - Rudiemu zacięła się lampa błyskowa, a ja czekając, aż coś na to poradzi, miałem okazję poświecić w dół, w kierunku pokładu - ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się pokrywa ładowni, oraz wyraźny kształt pierwszego dźwigu. Ale zasady są zasadami, więc mimo ogromnej chęci odpuściłem opadnięcie na 50 m i fotografowanie dźwigu i urządzeń znajdujących się na pokładzie. Będę miał przynajmniej powód, żeby tam wrócić!! Następnie udaliśmy się do drzwi z boku sterówki, co by do niej wejść. Widoczność była dobra, trochę osadów podniesionych po przepłynięciu kilku współtowarzyszy. W sterówce tablice rozdzielcze, walające się krzesła, urządzenia nawigacyjne, tu i ówdzie porozrzucane panele LCD, koło sterowe. Okna sterówki od środka pokryte są gęstą mieszanką oleju i osadów - broń Boże dotykać!! Wychodząc ze sterówki skierowaliśmy się ku tyłowi nadbudówki, napotykając po drodze wybite okno pomieszczenia radiooperatora - w pomieszczeniu lekki bajzel, jak zresztą wszędzie, z telefonami wiszącymi na kablach wpiętych do ściany i odpadającymi panelami kryjącymi przewody wentylacyjne. Wydawało się, że minęła chwila, a tu pod wodą jesteśmy już od prawie 40 minut. Komputer szaleje, karą za zbyt krótką przerwę i zbyt długie napawanie się widokami jest wskazanie „ASC TIME 43 MIN".... na szczęście po przełączeniu na Nitrox spada teoretycznie do 26 minut, ale i tak z wody wychodzimy po godzinie i 15 minutach.... Nareszcie odpoczynek - płyniemy do małego portu Hasle, w którym psa z kulawą nogą nie ma, a wyprawa po piwo i batony okazuje się niemal wyprawą po złote runo.... Ale w porcie śpi się dobrze, i trzeba było to wykorzystać, w końcu jutro mamy płynąć - o ile pogoda nie nawali - na radziecką łódź podwodną, która zatonęła w 1956 roku. Jest to radziecka łódź podwodna klasy Whiskey, której numeru taktycznego nie udało mi się odnaleźć (a jak się okazuje, ruskich łodzi podwodnych na dnie Bałtyku trochę jest, z czego przynajmniej trzy wokół Bornholmu). Odnaleziony w 1989 roku, zatonął w 1956 roku po nieudanej próbie holowania z głębokości 25 m i ostatecznie spoczął w miejscu, w którym znajduje się dziś, na głębokości około 38-39 metrów, dzięki czemu mamy teraz fajny wrak do oglądania. Ten 76-metrowy wrak jest w pełni zachowany, choć skorodowany, leży około 2 mil od Vang na głębokości do 39 m, na płaskim, piaszczystym dnie, przechylony jest na prawą burtę pod kątem około 45-50o od pionu. Wychodzimy z portu około 6 rano, a morze zrobiło się niespokojne, fala ma około 1 - 1,5 metra, wiatr się wzmaga. Około jesteśmy na pozycji, tym razem prosiak za pierwszą próbą ląduje na pokładzie wraku, rozpoczynamy schodzenie. O jesteśmy w wodzie, tym razem nie jest już tak przyjemnie, fala się wzmaga, po wejściu do wody do liny trzeba dopłynąć dobre 10-15 metrów, co przy wietrze w jedną i prądzie w drugą stronę wcale nie jest łatwe. Chwilami nie widać boi, chwilami z oczu niknie „Doktor Lubecki"... Zanurzamy się, kontrola na 6 m, następnie „dzida" w dół, opadamy przy miernej widoczności na 33 m, w okolicę kiosku, gdzie widoczność się wyraźnie poprawia i sięga 10-12 metrów. Rozpoczynamy opływanie wraku. Kierujemy się w lewo, ku dziobowi. Pierwsze, na co trafiamy, to otwarte na oścież wejście do wnętrza okrętu, ale z powodu białawej zawiesiny widoczność wewnątrz nie przekracza 0,5 metra. Kierując się ku dziobowi opływamy z prawej strony kiosk, trafiając po prawej burcie na dziób, gdzie na piaszczystym dnie leży... kotwica. Czy jest to kotwica własna tej łodzi? Być może, gdyż stopień jej skorodowania podobny jest do reszty okrętu. Wychodzimy na lewą burtę i sunąc ponad pokładem natrafiamy na otwór, który zapewne był miejscem, w którym znajdowała się platforma 25 mm działa pokładowego (jest to okręt z 1950 roku, wtedy produkowano serię Whiskey I, z taką właśnie konfiguracją działa). Pamiętajmy, że klasa Whiskey (zwłaszcza w tamtym okresie), była po prostu słabszą wersją niemieckiego U-boota Typ XXI z II wojny światowej... ;-). Mijamy zbiorniki ze sprężonym powietrzem, służące do opróżniania komór balastowych, następnie dopływamy do robiącego duże wrażenie kiosku. Rudi próbuje wejść do włazu na szczycie kiosku - na szczęście miał na sobie za dużo sprzętu... Płyniemy w kierunku rufy, gdzie po pewnym czasie natrafiamy na fantastyczne widoki lewej śruby napędowej wraz z usterzeniem. Po chwili ruszamy z powrotem, mija już 25 minut pod wodą, komputer znów chce, żebym się najlepiej utopił... no bo jak interpretować fakt, że komputer znów chce, żebym pod wodą siedział jeszcze 20 minut?? Wyjście na powierzchnię to nic w porównaniu do wyjścia na pokład „Doktora Lubeckiego" przy 2 - 2,5 metrowej fali... Szybka (zaplanowana) wymianka sprzętu - ja biorę wszystkie stage, Rudi bierze mój aparat - i podchodzimy do pływającej po okręgu łodzi. Można powiedzieć, że jak zwykle miałem szczęście - fala po prostu posadziła mnie na kolanach w koszu windy, a Czarek zgrabnym ruchem włączył wyciągarkę - po 10 sekundach byłem już na pokładzie. Następnie wyszedł Rudi, nie bez trudności - ten mój aparat to mało poręczne urządzenie.... Oddychamy spokojnie, sprzęt zdjęty z grzbietu, ostatni koledzy wychodzą z wody, powoli klarujemy klamoty. Kapitan wykonuje koło w celu wyciagnięcia prosiaka, liny i boi, gdy w pewnym sensie nagle, przynajmniej dla nas, obok pojawia się masowiec, kalibru „Chińczyka", pusty, sunący prosto przez pozycję naszych boi.... Pamiętając zanurzenie takiego kolosa na pusto (około 7 m), przystanek dekompresyjny na 6 m nie należałby do przyjemnych.... Wtedy też uświadomiłem sobie, że gdyby pojechało jednak 20 osób, część z nas mogłaby jeszcze w tym czasie być pod wodą i wisieć na dekompresji... Brrrr, aż strach pomyśleć. Pozostała już tylko droga do domu... Gdy wypłynęliśmy zza wyspy, uderzył w nas silny boczny wiatr (7-8oB) oraz narastająca fala, mierząca w porywach nawet do 4 m. Wyobraźcie sobie - do Kołobrzegu 7 godzin jazdy bokiem do fali i wiatru.... Na samą myśl jeszcze mi się teraz w głowie kiwa.... Pominę już rekordowe 5 godzin jazdy do Warszawy, okupione jednym tylko mandatem. Jedno tylko zdanie podsumowania - w sumie miałem szczęście i do pogody, i do widoczności, ale jeśli będzie okazja wrócić na „Chińczyka", piszę się na to bez dwóch zdań. Tu fragment jak Fu Shan Hai szedł na dno Galeria zdjęć: Tekst i zdjęcia: Maciej Pliszkiewicz Zdjecia dodatkowe: Rudi Stankiewicz, Michał Piechocki oraz materiały internetowe Masz pytania? Wystarczy, że do nas napiszesz lub zadzwonisz: Bestdivers@ Tel. (+48) 601321557 / (+48) 698529073
zdjęcia nurka dobrej nocy